Spędziliśmy miło i rodzinnie dzień. Bylismy na jarmarku św. Jakuba (gdzie zaopatrzyliśmy się w tonę pachnących oscypków). Zwiedziliśmy też z dziećmi komnaty książęce w zamku. Poopowiadałam Hani jak mieszkały kiedyś księżniczki, dowiedziała się nawet co to jest kufer posagowy :-) ja jako czterolatka takiej wiedzy nie miałam...
A wieczorem od nowa... małżeńskie darcie kotów... Czasami mam tego wszystkiego tak dość, ze chciałabym się poddac. Kocham go, ale nie umiemy ze sobą żyć. On ciągle na mnie narzeka. Czuję się jak rzecz, która nie spełnia jego standardów. Za mało zarabiam, za malo sprzątam i nie wnioslam w małżeństwo kufra posagowego tak jak on :-) On miał od rodzicow mieszkanko, w którym dalej mieszkamy, bo nie stać nas na kredyt na większe i on uważa, ze moi rodzice powinni mi coś dać. Nie dali mi nic. Mi to nie przeszkadza, ale jemu tak. Czuję się jak zakompleksiona żona, która musi zbierać punkty w oczach męża. Nie dosyć, ze nie mam nic swojego (nawet bym nie przeżyła z mojej pensji bez niego) to do tego za mało sprzątam, wciąż nie tak jak jego mamusia i on biedny musi odkurzać a nawet sam prasowac sobie koszule...
Chcę być lepsza - idealna, porządniejsza, mniej feralna. Chcę być szczupła i ładniejsza, energiczna i weselsza.
niedziela, 22 lipca 2012
kufer posagowy
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz