sobota, 25 sierpnia 2012

Gdy nie ma w domu dzieci...

Dzieci pojechały na weekend do dziadków i jest naprawdę błogo. Sprzątamy razem i razem się relaksujemy. Wczoraj kino, dzisiaj kręgle ze znajomymi. Dużo seksu i uprzejmości... w ogóle ostatnio jest lepiej, wakacje nam służą, szkoda, ze się już kończą :-(

niedziela, 22 lipca 2012

kufer posagowy

Spędziliśmy miło i rodzinnie dzień. Bylismy na jarmarku św. Jakuba (gdzie zaopatrzyliśmy się w tonę pachnących oscypków). Zwiedziliśmy też z dziećmi komnaty książęce w zamku. Poopowiadałam Hani jak mieszkały kiedyś księżniczki, dowiedziała się nawet co to jest kufer posagowy :-) ja jako czterolatka takiej wiedzy nie miałam...
A wieczorem od nowa... małżeńskie darcie kotów... Czasami mam tego wszystkiego tak dość, ze chciałabym się poddac. Kocham go, ale nie umiemy ze sobą żyć. On ciągle na mnie narzeka. Czuję się jak rzecz, która nie spełnia jego standardów. Za mało zarabiam, za malo sprzątam i nie wnioslam w małżeństwo kufra posagowego tak jak on :-)  On miał od rodzicow mieszkanko, w którym dalej mieszkamy, bo nie stać nas na kredyt na większe i on uważa, ze moi rodzice powinni mi coś dać. Nie dali mi nic. Mi to nie przeszkadza, ale jemu tak. Czuję się jak zakompleksiona żona, która musi zbierać punkty w oczach męża. Nie dosyć, ze nie mam nic swojego (nawet bym nie przeżyła z mojej pensji bez niego) to do tego za mało sprzątam, wciąż nie tak jak jego mamusia i on biedny musi odkurzać a nawet sam prasowac sobie koszule...

czwartek, 7 czerwca 2012

Ewa do Adama

Mówi Ewa do Adama: "Kochasz mnie?". Adam na to: "A kogo mam kochać?"
Czuję się okropnie. Najgorzej jak się można czuć..... :(

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Ta zła

Wczoraj nie po raz pierwszy wylądowałam w Coffeeheaven na kawie mocca bez bitej śmietany za to z podwójnym espresso i chudym mlekiem.


Nie ma się z czego cieszyć, bo choć kawa jest jedną z moich ulubionych, to powód tego wyjścia jest nieciekawy.
Znowu kłótnia z mężem.
Poszło o odsmoczkowanie naszego młodszego dziecięcia. Ma dwa latka i najwyższy czas.
Mąż jest za mało stanowczy. Po doświadczeniu z córką wiem, że trzeba dziecku dobrze wytłumaczyć o co chodzi i jak zrozumie, to krótka piłka: "Tata wyrzucił bach, nie ma dydy" i koniec.
Jak mały przypomniał sobie o smoczku i zaczął lamentować. Miał też duży problem z zaśnięciem bez niego.
Mój mąż chciał się złamać i już w wielkim szale szedł po "dyda". Nie wyrobiłam i wykrzyczałam mu: "Że ciota z niego nie facet" i wyszłam z domu, bo nie mogłam wytrzymać.
Wszystko w nerwach. Wiem, że przesadziłam, ale jak zobaczyłam, że on sobie nie radzi, że zaraz będzie wył razem z dzieckiem to stałam się taka bezsilna. Przecież on ma być naszym oparciem. Ma być silny, stanowczy, a nie miękki. Dlaczego ja muszę być ta zła????
Ta co oducza smoczka, oducza pampersów, zabrania słodyczy.... A tatuś zawsze cacy, zawsze ulubiony, zawsze ukochany?
Wrrrrrrrrrrrrrr

sobota, 2 czerwca 2012

Nie do siebie...

Oddalam się od mojego męża... sukcesywnie i powoli.
A przecież go kocham
przecież mamy cudowne dzieci
przecież jest jedyny.
Jakoś tak ostatnio mnie zaniedbuje, a ja zaniedbuję jego :(
Nie wyobrażam sobie życia bez niego a jednocześnie patrzę jak kolejny wieczór spędzamy "osobno"- każdy przed swoim lapem, znakiem czasu i widzę jakie to wszystko jest dziwne.
Dokąd zmierzamy?
Na pewno nie do siebie.

Perfect housewife

To co zrobiłam dziś z kuchnią można podciągnąć pod fitness. Trzy godziny szorowałam wszystkie szafki w środku i na zewnątrz, umyłam lodówkę na blysk. Potem wzięłam się za szafkę pod zlewem, gdzie trzymamy kosz na śmieci a obok słoiki z przetworami. Był tam syf, kiła i mogiła. Odkryłam, ze jakiś słoik z powidłami pobił się z tyłu i powiodła wymieszane ze szklami oblepialy mi sciane i podloge z tylu i do tego jskues rury od zmywarki. To była masakra. A na koniec jak już myślałam, ze po robocie, wyślizgnął mi się z ręki pojemnik z kapustą kiszoną, która dziś gotowałam.
Cała podłoga w kapuście, kapusta wpadła nawet pod lodówkę. Musieliśmy ją z mężem odsuwać. Daruję Wam opis tego, co było za lodówką :-)
Po tym wszystkim żałowałam, ze w ogóle się brałam za ta kuchnię, bo pol dnia zmarnowałam. A teraz czekam aż dzieci pójdą spać, żeby odpalić sobie jakiś film. Na męża nie mam co liczyć, bo powiedziałam mu, ze jest zgredem i się obraził. Nie wiem czy się na winie znowu nie skończy. Wczoraj poszło jedno, mam jeszcze drugie. Najpierw jeszcze muszę, zaliczyć wizytę teściów, bo mają na chwile wpisać przy okazji załatwiania czegoś w naszym pięknym mieście.
Odpoczęłam tak:


piątek, 1 czerwca 2012

Hedonistka

Moje odchudzanie nie doszło jeszcze do skutku. Jedyny sukces, którym mogę się pochwalić to to, że jem dietetyczne śniadania (owsianka a la Dukan, czyli chude mleko gotuję z dwiema łyżkami otrębów owsianych i jedną łyżką otrębów pszennych, słodzę to tabletką słodzika). No i co z tego jak potem nadrabiam wszystko obiadem czy deserem?
Wczoraj miałam iść z kumpelą na dietetyczną moccę z chudym mlekiem i skończyło się na Paprdelle alla Pesto, czyli makaron z oliwą z oliwek, grillowanymi warzywami i kawałkami polędwicy wołowej.
Miałam na tyle opanowany instynkt samozachowawczy, że na kolację zjadłam tylko czerwonego grejpfruta i to tak przyzwoicie przed 19.
Zauważyłam, że generalnie niejedzenie kolacji, a raczej jedzenie oszczędnej kolacji i we wczesnej godzinie działa cuda, bo pilnowałam się dwa dni i od razu rano miałam pół kilo mniej.
Ale że ja jestem taki typ. który w weekend lubi zawinkować to nauka poszła w las.
Dziś parówkowo- sałatkowa kolacja z mężem i dwa wytrawne wina do wspólnego wypicia, online oczywiście... w sensie, że przed kompami. Fakt, że mąż ma jakieś raporty do robienia, może się uwinie i obejrzymy jakiś filmik razem, ale ja mogę do tego czasu usnąć.
A tak w ogóle to gdzie jest moja konsekwencja???????
Pilnuję się kilka dni z kolacją, ale w weekend nie umiem sobie odmówić. A dziś byłam ze "szkolnymi" dziećmi (bo ja jestem generalnie matką dzieci szkolnych i własnych, jak byłam na pierwszej komunii dzieci szkolnych, to czułam się jakbym przeżywała święto swoich własnych dzieci) na lodach i zafundowałam sobie jabłecznik z gałką lodów i bitą śmietaną (mój ulubiony deser), bo chodził za mną od kilku dni. Taka ze mnie hedonistka. Kocham żyć i kocham jeść.
Ja nie wiem, jak ja na to wesele pójdę w roli świadka.......................................... Ja naprawdę nie mam aż takiego ciśnienia na chudnięcie, ale o ciuch tu chodzi. Coraz trudniej kupić mi jakąś wystrzałową kreację w moim rozmiarze. Proponują mi tylko jakieś babciowo-ciociowe szmatki. A ja mam tylko 30 lat!!!! Nie 50!!! Powiedzcie mi dlaczego dla producentów odzieży nadwaga idzie w parze z wiekiem?

środa, 30 maja 2012

Matka Polka jest przereklamowana

Koleżanka swoim wpisem na blogu natchnęła mnie do pewnych przemyśleń.
Człowiek zaczyna żyć dziećmi i dla dzieci,a jak pomyśli o sobie, to zaraz ma wyrzuty sumienia- ech... Matki Polki!!! Nieraz jesteśmy nimi aż tak, że stajemy się cierpiętnicami, a nasze dzieci tylko na tym tracą, bo zatyrana mama oddalająca się od męża dla dobra dzieci, to żadna korzyść.
Nauczmy się być Matkami Europejkami!!!!
Jeden z koszmarów jakie mi się śnią (pomijając koniec świata :) he he) to taki, w którym dzieci opuszczają nasze gniazdo, a ja z moim mężem siedzimy obok siebie i właściwie nie mamy o czym rozmawiać- włączamy laptopy, każdy swojego i kontynuujemy małżeństwo online.. wrrrrrrrr

wtorek, 29 maja 2012

Tajemnica zmysłowości

"Kobieta jest najbardziej zmysłowa, kiedy akceptuje siebie taką, jaka jest."
Piękne słowa, wiem, że to prawda, ale tak, trudno jest to wprowadzić w życie

. Tak trudno jest uwierzyć w te słowa, uwierzyć w swoją jedyność i niepowtarzalność. Zwłaszcza wtedy, gdy nie wyniosło się z domu poczucia własnej wartości. Nadal ze sobą walczę. Dietę zaczynam codziennie rano a kończę ją codziennie wieczorem... Czy kiedyś uda mi się być konsekwentną ?

poniedziałek, 28 maja 2012

Najtrudniej zacząć

 "Kto zaczął, 
ten ma za sobą połowę pracy"
Seneka

Stworzyłam ten blog, ponieważ zrobiłam remanent swojego życia i nie jestem z niego zadowolona.
Fakt, że są rzeczy z których jestem dumna: skończyłam niełatwe dzienne studia magisterskie i inne podyplomowe, wyszłam za mąż za bardzo wartościowego człowieka, urodziłam córkę i syna, a rok temu udało mi się w reszcie znaleźć pracę w moim zawodzie, ale...
To nie są do końca moje zasługi.
Większość z nich to kwestia głupiego szczęścia, czy jak kto woli niewidomej Fortuny.
Mam takie odczucie, że mało włożyłam w to wszystko prawdziwego wysiłku, że generalnie mało daję z siebie w życiu.
Jestem za leniwa, za flegmatyczna, nieustannie zmęczona i neurotyczna.
Gdybym dała z siebie więcej, było by lepiej.
Nie chwaliłabym się tym, że dostałam pracę, ale tym, że jestem w niej bardzo dobra (a tymczasem- nie wiem czy za miesiąc przedłużą mi umowę).
Nie chwaliłabym się tym, że urodziłam dzieci, ale tym, że jestem fantastyczną matką ( a tymczasem cały czas mam wyrzuty sumienia, że nie poświęcam im tyle czasu, co powinnam, za dużo krzyczę, za szybko się irytuję...).
"Więcej grzechów nie pamiętam"? - oj pamiętam, pamiętam, niestety.
Nie mogę zapanować nad bałaganem w swoim mieszkaniu. Niby jak sprzątam, to jest to porządnie i pedantycznie, ale robię to wolno i rzadko i na raty. Generalnie, gdyby mój mąż nie miał talentu "ogarniania" i robienie kamuflażu, to było by ciężko.
Brakuje mi ważnego talentu- umiejętności organizacji, organizacji domu, życia, siebie.
Gdybym umiała się zorganizować, nie ważyłabym teraz 69 kg i nie miałabym brzucha jak balon.
Wyglądam na trzecią ciążę... albo jeszcze gorzej, bo z tego co ostatnio widzę na ulicach, to kobiety w ciąży są zadbane, pociągające i mają śliczne zaokrąglenie, a nie sflaczałe sadło.
Nie umiem się zmotywować do diety, nie umiem się zmotywować do ćwiczeń...
A w sierpniu mam być świadkową na tradycyjnym polskim weselu i muszę tam rewelacyjnie wyglądać.
Nie spotkałam jeszcze sukienki, w której spełniałabym to kryterium i zdołowało mnie to jeszcze bardziej.
Chcę, żeby ten blog był moim pamiętnikiem pełnym szczerych wyznań.
Pamiętnikiem o tym, jak zmagam się z samą sobą i swoimi słabościami.